Wybierala sie sójka za morze, a raczej za ocean
Życie chyba lubi płatać nam figle. No bo sami zobaczcie. Kiedy miałam szesnaście lat, wzięłam udział w nieco dziwnych zajęciach poświęconych skutecznemu dążeniu do celów. Taki trochę kołczingowy bełkot o samorealizacji i rozwoju osobistym, ale wtedy nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. Tak czy siak, na samym początku tych zajęć prowadząca wręczyła nam kolorowe kartki i poprosiła nas o spisanie na nich listy naszych największych marzeń. Na mojej liście znalazło się, co następuje: Pojechać do Ameryki Południowej. Przestać być samotną. Napisać i wydać książkę. Naprawdę dobrze grać na gitarze i basie. Sprawić, żeby nasza drużyna (harcerska) była silniejsza i bardziej zgrana. Wyjść z problemów finansowych. Mieć motocykl. Skakać ze spadochronem. Kiedy już każdy spisał swoje marzenia, kolejnym krokiem było wykreślenie tylu, żeby ostatecznie zostały 3 marzenia możliwe de realizacji . Założenie całkiem sensowne na pierwszy rzut oka, ale jeśli już mowa o pierwsze...