Wybierala sie sójka za morze, a raczej za ocean

Życie chyba lubi płatać nam figle. No bo sami zobaczcie.

Kiedy miałam szesnaście lat, wzięłam udział w nieco dziwnych zajęciach poświęconych skutecznemu dążeniu do celów. Taki trochę kołczingowy bełkot o samorealizacji i rozwoju osobistym, ale wtedy nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. Tak czy siak, na samym początku tych zajęć prowadząca wręczyła nam kolorowe kartki i poprosiła nas o spisanie na nich listy naszych największych marzeń.
Na mojej liście znalazło się, co następuje:

  1. Pojechać do Ameryki Południowej.
  2. Przestać być samotną. 
  3. Napisać i wydać książkę.
  4. Naprawdę dobrze grać na gitarze i basie.
  5. Sprawić, żeby nasza drużyna (harcerska) była silniejsza i bardziej zgrana. 
  6. Wyjść z problemów finansowych.
  7. Mieć motocykl.
  8. Skakać ze spadochronem.
Kiedy już każdy spisał swoje marzenia, kolejnym krokiem było wykreślenie tylu, żeby ostatecznie zostały 3 marzenia możliwe de realizacji. Założenie całkiem sensowne na pierwszy rzut oka, ale jeśli już mowa o pierwszeństwie, to w pierwszym odruchu skreśliłam pierwsze marzenie z mojej listy, a więc marzenie najbardziej mi bliskie i jak dotąd jedyne, które z całej tej listy udało się zrealizować. A miało się przecież nie udać!

🇦🇷

Kojarzycie wiersz Jana Brzechwy o sójce wybierającej się za morze, co to wybrać się nie może? Jak mniej więcej tak samo wybierałam się do Argentyny.
Rzecz jasna niemały udział w całym zamieszaniu miała moja sercowa drama, ale dość rzec, że pierwsza próba zakupu biletu zakończyła się kompletnym fiaskiem. W połowie drogi na przystanek, z którego miałam jechać na lotnisko, zapłakana jak bobas, którego mama właśnie przekroczyła próg drzwi wyjściowych przedszkola, ale z jakichś względów bez niego, zrobiłam w tył zwrot i stwierdziłam, że jednak nie.
Po upływie kilku tygodni szczęśliwie udało mi się dotrzeć na lotnisko. Mniej szczęśliwie miały się sprawy z moją kartą płatniczą, która okazała się nie współpracować z terminalem, choć ustawiłam jej jakiś absurdalnie wysoki limit. W związku z tym poza stawianiem czoła własnym demonom, musiałam też stawić czoła bankomatowi. I to nie raz, a całe trzy razy, bo bankomat nie pozwalał wypłacać sum przekraczających bodajże 2000 zł jednocześnie. Kiedy już wypłaciłam całą należność za bilet, stało się najgorsze. Spojrzałam na to, co miałam w rękach. Na te marne być może oszczędności mojego życia. Nigdy wcześniej i nigdy później nie miałam w ręku tylu pieniędzy w gotówce. Próbowałam włożyć je do portfela i tam bezpiecznie zamknąć, ale to też nie zdało egzaminu, bo plik banknotów był za gruby i zwyczajnie się nie zginał. Tak więc z otwartym portfelem i na nogach jak z waty wyruszyłam w drogę do miłej pani od niemiłego mi terminala, żeby wreszcie dopełnić formalności. Kiedy oddawałam jej te pieniądze, marne, jak już mówiłam, targały mną wątpliwości. Ze smutkiem patrzyłam, jak są przeliczane, a następnie jak znikają w pancernej kasie. A jak wciąż nie wiedziałam tak naprawdę, czy ja w ogóle tego chcę.

🇦🇷🇦🇷🇦🇷

Nawet wchodząc na pokład samolotu nie wiedziałam, czy w ogóle tego chcę. Wyrzucałam sobie, że wydaję tyle pieniędzy na raz i że mogłabym zamiast wałęsać się po świecie pójść po prostu do pracy albo zrobić coś pożytecznego... Przeszło mi z chwilą, kiedy przed podejściem do lądowania zobaczyłam nocne Buenos Aires z lotu ptaka. Nigdy nie widziałam niczego piękniejszego. Te tysiące mieniących się w oczach światełek, te małe punkciki układające się we wspaniały obraz... Jak dzieło sztuki, które powstało zupełnie niechcący. Dla tego widoku warto było nie rozprostowywać nóg przez 13 godzin.
Kiedy zniknęły jedne wątpliwości, natychmiast pojawiły się inne. "Zaczyna się", pomyślałam. "Zaczyna się twoja wielka, upragniona przygoda", pomyślałam. "I co teraz? O czym marzyć? Po co żyć?"


🇦🇷🇦🇷🇦🇷


Dlaczego o tym wszystkim mówię? Otóż dziś mija dokładnie rok, od kiedy zaczęła się moja przygoda. Dokładnie rok, od kiedy zaczęło się 55 najpiękniejszych dni mojego życia.

Chociaż minął aż rok, nie zmieniło się nic. Todo sigue igual, jak w jednej z moich ulubionych piosenek pewnej argentyńskiej legendy rocka.


Nie zmieniło się nic, bo to wielkie argentyńskie marzenie, choć pozornie spełnione, tak naprawdę wciąż we mnie żyje i wciąż mnie napędza, nakręca i pcha do przodu. Nadaje sens i cel wszystkiemu co robię.
Chociaż z Polski nie ruszam się ani na kilometr, Argentynę mam wszędzie, gdzie mogę: na talerzu i w kubku (ewentualnie w tykwie), w domu i w zagrodzie, w uszach, w nosie (ale tylko dosłownie! o perfumy przecież chodzi!) i przede wszystkim w sercu.

Patrzę teraz na to wszystko z perspektywy czasu i tak sobie myślę... To nie miało prawa się udać. Już jako słodka szesnastka doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Ja przecież nawet nie pracowałam. Fakt, mamusia nieco zasiliła moje konto przed wyjazdem, ale uskładałam na niego sama, chodząc w ciuchach z lumpeksu, żywiąc się żarciem z Biedry i żydząc na wszystko, na co się da. Taki Janusz podróży (ewentualnie Grażyna).



Wszystko wskazywało na to, że się nie uda, ale jak widać się udało. Bo chyba życia nie obchodzi jakoś specjalnie rachunek prawdopodobieństwa, a mój przykład pokazuje, że jeśli świat rzuca nam kłody pod nogi, to często są to te same kłody, które sami zamawiamy w życiowym tartaku. Swoim negatywnym nastawieniem, brakiem wiary w powodzenie i przede wszystkim bierną postawą.

Nie chciałabym, żeby ten post zamienił się w filozoficzny bełkot, zwłaszcza wobec kołczingowego bełkotu z początku, dlatego ograniczę się do krótkiej refleksji: walczcie. Bo warto. Bo się da i bo Wy dacie radę. Nie bądźcie takimi loserami jak ja sprzed roku z kawałkiem.

Ja wracam do Buenos Aires w przyszłym roku. A Wy, kiedy zrealizujecie swoje Wielkie Marzenie?



Komentarze