Buenos Aires z lotu... ptaka-nielota

Jakiś czas temu na moim fanpage'u pisałam o zmaganiach ze zdjęciami Buenos Aires, które wraz z kliknięciem opcji "Ustaw jako tło pulpitu" nabierają jakości iście tosterowej. Otóż na tym się moje zmagania z wyborem tapety się broń Boże nie kończą. Wymagająca ze mnie sztuka, nie ma co! Bo nie dość, że jakość musi się zgadzać, to jeszcze samo zdjęcie nie może zionąć Photoshopem. Jeśli nim zieje, to to już nie jest Buenos Aires, tylko jakaś luźna fantazja na temat. Jak tutaj.


Najbardziej podobają mi się zawsze zdjęcia ulic, bo to one sprawiają, że choć przez chwilę mogę się poczuć, jakbym spacerowała sobie po Buenos. I dlatego właśnie dzisiaj będzie o Buenos Aires z lotu ptaka-nielota. Nie mylić z nielotnym!



Z ulicami jest trochę tak, że nie zwracamy na nie uwagi świadomie, ale gdyby ktoś pokazał nam losową nowojorską, londyńską i paryską uliczkę, myślę, że nikt nie miałby szczególnych problemów z rozpoznaniem miasta, w którym zrobiono każde zdjęcie. To ulicami się przemieszczamy, to ulice wiodą do wszystkich ewentualnych atrakcji i zabytków, więc uważam, że w stu procentach zasługują na osobny wpis.

Plan miasta

Jak już wiecie z pierwszej mojej publikacji, w orientacji w terenie nie mam sobie równych, ale wyłącznie jeśli chodzi o gubienie się w dowolnym miejscu. Buenos Aires jest do gubienia się wręcz stworzone. Siatka ulic jest bardzo amerykańska i mimo europejskich korzeni Argentyny przypomina raczej Los Angeles niż Rzym. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ulice podzielone są na stumetrowe przecznice i krzyżują się pod kątem prostym (albo zbliżonym).
Dopiero w Buenos Aires zrozumiałam, dlaczego w amerykańskich filmach tak często odległość określa się na bazie przecznic. Ba, po powrocie sama zaczęłam tak mówić, chociaż w Warszawie zbyt dużego sensu to nie ma. W Buenos Aires wiadomo natomiast, że jak sklep jest osiem przecznic stąd to znaczy, że dzieli nas od niego osiemset metrów. Geniusz.

Tak wygląda mój kawałek Warszawy.

A tak mój kawałek Buenos Aires.
Poruszanie się po mieście było dla mnie o tyle trudne, że każde skrzyżowanie w moich oczach było takie samo. Po pierwsze, kąty proste. Po drugie, nie znałam, a więc nie rozpoznawałam tamtejszych marek i sieci sklepów. Nie było niczego, co instynktownie mogłoby mi posłużyć za punkt orientacyjny. Co więcej, z biegiem czasu okazało się, że nawet rozpoznawanie podstawowych sieci sklepów nie było szczególnie pomocne. Pod tym względem Argentyna przypomina mi trochę Polskę lat dziewięćdziesiątych, jaką widzimy w starych komediach. Wszędzie aż roi się od małych sklepów spożywczych, warzywniaków, mięsnych itd. Jedną przecznicę ode mnie były na przykład dwa podobnie wyglądające warzywniaki, jeden naprzeciwko drugiego. Ilekroć tamtędy przechodziłam, musiałam dwa razy zastanowić się, w którą stronę powinnam skręcić.
Z przecznicami związana jest też kwestia numeracji budynków. Numeracja zaczyna się tam, gdzie mniejsza ulica krzyżuje się z jakąś aleją. I nie wygląda to wcale tak, jak u nas. No, może częściowo, bo rzeczywiście po jednej stronie ulicy są numery parzyste, a po drugiej nieparzyste. Tutaj jednak podobieństwa się kończą. Każda przecznica to trochę jak nowa numeracja. W pierwszej przecznicy danej ulicy znajdują się budynki o numerach od 1 do 99 (teoretycznie, bo przecież budynków nie musi być aż tyle). Druga przecznica to 100-199, trzecia to 200-299 itd. To znacznie ułatwia orientację w mieście, bo kolejnym potencjalnym problemem jest to, jak długie są ulice. To trochę tak jak z naszymi Alejami Jerozolimskimi. Co z tego, że zagubiony prowincjusz czy inny słoik radośnie obwieści swojemu koledze-Warszawianinowi, że się zgubił, ale wie, że jest na Alejach Jerozolimskich? To nam powie dokładnie tyle, co nic. A w Buenos Aires takich przypadków jest znacznie więcej.

Avenida 9 de julio o długości ok. 35 kilometrów.

Jak pewnie zauważyliście na zdjęciu, Avenida 9 de julio jest nie tylko długa, lecz także szeroka. Do niedawna była nawet najszerszą ulicą na świecie. Wszystko się zmieniło, kiedy miasto zaczęło inwestować w transport publiczny i powstały odpowiedniki naszych buspasów (o których więcej zdradzę dalej).

Avenida 9 de julio ma aż 140 metrów szerokości.

Ruch

O ruchu w Buenos Aires można napisać naprawdę sporo. Przede wszystkim to, że jest o wiele bardziej intensywny niż w jakimkolwiek polskim mieście. Samochodów jest więcej i ludzie jeżdżą bardziej agresywnie, ale chyba nawet ich rozumiem, bo w tych warunkach i ja miałabym zadatki na pirata drogowego.
W poruszaniu się po Buenos Aires zainteresowało mnie kilka kwestii, które postaram się tutaj przybliżyć, bo "u nas" wygląda to zupełnie inaczej.
Po pierwsze, ulice jednokierunkowe. Nie wiem, jakie Wy macie na ich temat odczucia, ale ja mam raczej jednoznacznie negatywne. Sama już od jakiegoś czasu nie prowadzę, ale pamiętam, że zawsze zapominałam, która ulica jest jednokierunkowa, a która nie i czasami musiałam całkiem od nowa planować podróż, żeby ominąć te jednokierunkowe. Do tego dochodzą jeszcze zakaz cofania i problemy z parkowaniem. Na szczęście w Kielcach jednokierunkowych ulic nie ma zbyt wiele. W Buenos Aires jest natomiast dokładnie odwrotnie. Jednokierunkowe są prawie wszystkie ulice. Na dowód wstawiam fragment mapy, tym razem w większym przybliżeniu, ale lepiej kliknijcie, żeby dobrze się przyjrzeć. Na każdej ulicy narysowane są strzałeczki, które oznaczają kierunek jazdy.


Tylko największe aleje są dwukierunkowe, np. Avenida del Libertador, moja ulubiona.

Avenida del Libertador w Buenos Aires.

Wyobraźcie sobie teraz tych skołowanych kierowców, którzy zasadniczo nigdy nie wiedzą, dokąd jadą, o ile nie mają planu Buenos Aires w najmniejszym paluszku. Ja samochodem poruszałam się po Buenos głównie z cioteczną babcią (sic!) mojego ówczesnego chłopaka, Lucrecią. I nawet ona, choć przecież stamtąd pochodzi i to tam spędziła całe życie, często błądziła i jeździła po omacku. Pomocne dla kierowców są natomiast oznaczenia ulic. Tutaj czapki z głów.

Na skrzyżowaniu widać dokładnie, którą ulicą można pojechać i w którą stronę.
Czapki z głów kończą się natomiast na ulicach, które w określonych godzinach są jednokierunkowe, a w innych dwukierunkowe. Jechałam raz taką ulicą jednokierunkową, która o 15.00 stawała się dwukierunkowa. Była 14.58 i Lucrecia nie robiła sobie zbyt wiele z tego, że zaraz ktoś nas rozjedzie. A skoro już jesteśmy przy rozjeżdżaniu, na mniejszych ulicach mało kogo obchodzi, ile jest pasów ruchu. Na porządku dziennym jest to, że przy np. dwóch pasach ruchu w jedną stronę stoją trzy, miejscami cztery rzędy samochodów...

Po drugie kwestia świateł. Kto mnie zna ten wie, że prędzej umrę niż przejdę na czerwonym. W Buenos nikt się światłami nie przejmuje, a policjanci radośnie patrzą, jak wesoła gawiedź przebiega tuż przed maskami rozpędzonych aut. Same sygnalizatory wyglądają z kolei jak w Nowym Jorku. No dobra, nie wszystkie. Te starsze.

 

Ciekawym wynalazkiem są jeszcze takie pikacze, które słychać na chodniku, kiedy z któregoś podjazdu wyjeżdża samochód. To bardzo wygodne nie musieć się rozglądać aż tak.

Komunikacja miejska

Na ten temat mogłabym chyba napisać osobnego bloga, bo osobna notka mogłaby się okazać niewystarczająca... Rzecz jasna żartuję, ale poza bezproblemowym dostępem do ogórków kiszonych i kwaśnej śmietany, najbardziej cenię Warszawę, przynajmniej w porównaniu z Buenos, właśnie za organizację transportu publicznego. Tak, za organizację, bo za Oceanem o żadnej organizacji w zasadzie nie ma mowy.

Jest takie hiszpańskie słowo, które wyjątkowo lubię, bo jego forma doskonale zgrywa się ze znaczeniem. Jest to słowo desbarajuste, czyli bałagan, rozgardiasz, chaos. To słowo odda chyba najlepiej ogólną atmosferę towarzyszącą bonaereńskiej (pozwoliłam sobie na neologizm zahaczający o kalkę, bo dość już mam powtórzeń) komunikacji miejskiej. Ma to związek przede wszystkim z tym, że w Buenos nie ma jednego przewoźnika, który nadzorowałby wszystkie środki transportu. Dlatego właśnie nie są one ze sobą ani trochę skoordynowane. Ale to nie jedyne, co odróżnia Buenos od Warszawy. Szczegóły poniżej.

Autobusy

Zacznijmy może od kwestii językowych, żeby mój blog nie tylko bawił, lecz także uczył, a co! W Buenos Aires autobus to nie żaden autobús tylko colectivo albo bondi. Autokar, gdyby to kogoś interesowało, to jest z kolei micro, niezależnie od rozmiaru. Polskibus to też micro.
Jeśli chodzi o autobusy, jestem naprawdę pełna podziwu, bo zupełnie nie rozumiem, jak można się w tym chaosie odnaleźć, nie zgubić i jeszcze dojechać tam, gdzie człowiek dojechać chce. Linii jest naprawdę dużo, tutaj akurat ogromy plus, ale plusy kończą się w zasadzie wraz ze słowem ale, które powinno paść mniej więcej w tym momencie.
Pierwsze ale jest takie, że w zasadzie nie istnieją przystanki w znanej nam formie, no wiecie, budka z daszkiem, mapa miasta, rozkład każdej linii z wyszczególnionymi przystankami i godzinami odjazdów, ewentualnie informacją o tym, które kursy są realizowane pojazdami niskopodłogowymi... Tego wszystkiego po prostu nie ma. Jak zatem wyglądają przystanki? Zwykle jest to po prostu naklejona na latarni albo innym słupie kartka z numerem linii, która tam się zatrzymuje. Czasami uświadczymy też metalową tabliczkę z numerami linii i ulicami, którymi przebiega trasa.

Wersja podstawowa

Wersja premium
Wersja deluxe

Drugie ale jest takie, że rozkładu jazdy autobusu nie uświadczymy na przystanku, bo nic takiego jak rozkład jazdy nie istnieje. Mowa tutaj zarówno o rozkładzie jazdy, z którego dowiemy się, na jakich przystankach zatrzymują się autobusy danej linii, jak i o rozkładzie godzinowym.
W kwestii przystanków wygląda to tak, że nie ma żadnej ich listy, każdy "przystanek" jest na żądanie, więc jeśli chcemy jechać autobusem, musimy w zasadzie doskonale wiedzieć, dokąd jedziemy, żeby we właściwym momencie wcisnąć przycisk i zasygnalizować kierowcy, żeby się zatrzymał. W związku z tym ja nie jechałam sama autobusem zupełnie nigdy. Jeśli chodzi natomiast o rozkład godzinowy, to nawet jeśli takowy istnieje, nie są tego zapewne świadomi nawet sami kierowcy. Korzystanie z autobusów wygląda zatem tak, że człowiek wychodzi z domu na przystanek i czeka. Czeka, aż się doczeka. Nie za wiele można sobie rozplanować z takimi autobusami, a już na pewno w nocy, wtedy więc królują taksówki.

Trzecim ale jest brak buspasów, ale idea buspasów chyba nie jest tak całkowicie w Buenos Aires nieznana, bo jakiś czas temu pojawiły się nasze linie przyspieszone, czyli ich metrobus. Taki metrobus ma swój wydzielony kawałek jezdni. (Właśnie budując pas dla metrobusów władze zmniejszyły szerokość alei 9 de julio.) Metrobusy mają to do siebie, że zatrzymują się na mniejszej liczbie przystanków, a te przystanki to już w ogóle ho-ho, mają te takie budki i w ogóle, full wypas. Powiew cywilizacji. Przepraszam, już nie będę tak nieznośnie ironiczna.

Przystanek metrobusowy.


Czwartym ale jest wyszukiwanie połączeń. Są na to dwa sposoby, papierowy i internetowy.
Na papierze mamy książeczkę o wdzięcznej nazwie "Guía T", corocznie akrualizowaną. Ta książeczka jest funkcjonalna w dokładnie takim samym stopniu jak cały transport autobusowy w Buenos Aires, czyli wcale. Każdy kawałeczek miasta jest pokazany na mapie i teoretycznie można sobie sprawdzić, w której części mapy przejeżdżają które linie. A gdzie jest przystanek to już się trzeba domyślić. (O, właśnie sobie przypomniałam, że jednak raz jechałam sama autobusem, bo pamiętam, jak bardzo się bałam, że wsiadam w przeciwnym kierunku - opierałam się wtedy na Guíi T właśnie.)

 

Odpowiednikiem naszego JakDojadę jest teoretycznie aplikacja Cómo Llego Buenos Aires. Jest ona na pewno o wiele bardziej funkcjonalna niż Guía T, bo możemy sprawdzić, gdzie znajduje się przystanek. Największym problemem było dla mnie zawsze to, że trzeba było wpisywać konkretne adresy, a nie jak w JakDojadę nazwę miejsca, placu czy przystanku. A zatem po raz kolejny trzeba było wiedzieć dokładnie skąd i dokąd chce się dojechać, bo inaczej ani rusz.

Przykładowy zrzut ekranu ze strony aplikacji.

Metro

Argentyńskie autobusy, jak zapewne zdążyliście już zauważyć, szczególnie mnie nie zachwyciły (delikatnie mówiąc). Co innego metro. Metro skradło moje serce i zawładnęło nim niepodzielnie do tego stopnia, że czasem z nostalgią myślę, że chciałabym teraz znaleźć się na konkretnej stacji konkretnej linii... Ja wiem, to się pewnie leczy. Ale po co?


Na początek może kilka podstawowych informacji. Zasadniczo metro to po hiszpańsku metro, no chyba, że jest się w Argentynie, bo tam metro nazywa się subte (skrót od subterráneos).
Typowa stacja metra, tutaj akurat linii A.
Na chwilę obecną linii jest 6 i liczą one łącznie 86 stacji. Każdej linii przypisana jest litera (A, B, C, D, E, H) oraz kolor. Pierwsza z nich (A) została otwarta już w roku 1913, kolejne (B-E) również w pierwszej połowie XX wieku, a ostatnia (H) po długiej przerwie, bo dopiero w roku 2007. Całokształt wygląda zachęcająco, dlatego też to właśnie z metra korzystałam w Buenos najczęściej.

Cóż więc jest takiego w tym subte, że aż za nim tęsknię? Otóż ma w sobie coś, czego nie ma chociażby nasze poczciwe warszawskie metro - charakter. Ono jest tak stuprocentowo argentyńskie, że bardziej chyba się nie da. No bo tak...

Po pierwsze, choć wszystko jest absolutnie fantastycznie oznaczone i nigdy nie zdarzyło mi się zgubić (!!!), subte ma w sobie również szczyptę południowoamerykańskiego chaosu w postaci kierunku ruchu pociągów. Ruch samochodów jest prawostronny, natomiast metro i pociągi jeżdżą po lewym torze. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Stałam zawsze na tym peronie jak ostatnia kretynka i zastanawiałam się dziesięć razy, czy aby na pewno wypatruję tego metra z dobrej strony i czy w dobrą stronę jadę.

Stacja José Hernández (linia D).
Po drugie, metro jest takie... swojskie. Widać, że ma za sobą długie lata historii i że każdy się już z nim dobrze oswoił. Na peronach bardzo często są kioski i stoiska z jedzeniem, a ściany zdobią typowo argentyńskie malunki, m.in. w stylu fileto, chociażby te na mojej ukochanej stacji Carlos Gardel (linia B).
Stacja Corrientes (linia H).
Nietrudno również na stacjach metra uświadczyć pokazów tanga. Na wspomnianej już stacji Carlos Gardel (linia B) to chleb powszedni - nazwa w końcu zobowiązuje.


Nie wszystko wygląda jednak tak kolorowo. Może to przez tragiczną organizację wszystkich innych środków transportu, trudno stwierdzić, ale pociągi są bardzo często tak zatłoczone, że dopiero za piątym czy szóstym razem, choć z trudem, udaje się wsiąść. Z tłokiem wiążą się również kieszonkowcy. Nigdy nie tuliłam do siebie torebki z taką czułością, jak w metrze właśnie, bo z opowieści znajomych wiem, że wystarczy dosłownie chwila nieuwagi i już jesteśmy lżejsi o portfel czy telefon. Ja przejęłam się sprawą na tyle, że przed wejściem do wagonu zdejmowałam wręcz słuchawki, żeby lepiej kontrolować sytuację. No dobra - tylko na początku, bo do wszystkiego idzie się przyzwyczaić.

Subte w godzinach szczytu.

Kolejną mniej przyjemną kwestią jest to, że niezależnie od poziomu zatłoczenia zawsze znajdzie się jakiś sprzedawca, który pragnie wcisnąć najlepiej wszystkim współpasażerom różnego rodzaju pierdoły o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu. Raz są to nowe wersje kodeksu drogowego, innym razem gumy do żucia, czasami zabawki... Sprzedaż wygląda z kolei tak, że taki handlarz przechodzi i kładzie na kolanach wszystkich pasażerów w wagonie to, co akurat sprzedaje. Robi taką rundkę, dając ludziom czas, żeby obejrzeli towar, a później wraca i przeważnie zabiera to wszystko z powrotem. Czasem jednak udaje się coś sprzedać. Sprzedają przeważnie dzieci i imigranci - widać na pierwszy rzut oka, a dochód niekoniecznie trafia do nich, jak to niestety często bywa...

Tramwaje

Tramwajów niby w Buenos Aires nie ma, ale tak naprawdę to są, tylko mało kto o nich pamięta. Jest dokładnie jedna linia tramwajowa o dumnej nazwie premetro i długości nieco ponad 7 km.


Jako że właścicielem premetra jest ta sama spółka, która zarządza metrem, linia ta jest czasem uznawana za siódmą linię metra oznaczoną literką P.
(Nie, ja też nie rozumiem, czemu samochody obowiązuje ruch prawostronny, pociągi i metro lewostronny, a tramwaje znów prawostronny.)

Pociągi

O pociągach niestety nie mam zbyt dużo do powiedzenia, bo jechałam pociągiem dwa razy: w tę i z powrotem do oddalonej od centrum Buenos Aires o jakieś 30 km malowniczej miejscowości Tigre, która na pewno doczeka się osobnego wpisu, bo tamtejszy targ dostarczył mi naprawdę bardzo dużo radości.


Nawet biletu Wam nie pokażę, bo jechałam na karcie miejskiej... A skoro już o karcie miejskiej mowa...

Bilety

Z biletami w Buenos Aires to jest w ogóle osobna heca na czternaście fajerek. Zacznijmy od tego, że papierowe bilety w znanej nam od dziesięcioleci formie w ogóle nie istnieją. W znanej mieszkańcom Warszawy formie nie istnieje również karta miejska. No ale może od początku...

Odjazd autobusu z przystanku nie jest z Buenos wcale taką prostą i przyjemną sprawą. Najpierw przez zatłoczone ulice musi taki kierowca dojechać do słupa noszącego dumne miano przystanku, przy którym spędzi jeszcze dobrych parę minut. Później otwierają się drzwi środkowe i tylne, którymi wysiadają pasażerowie. Mniej więcej w tym samym czasie otwierają się również drzwi przednie - centrum żywego zainteresowania wszystkich wsiadających, bo o innych drzwiach mogą sobie co najwyżej pomarzyć. Dlaczego? Otóż dlatego, że zaufanie do człowieka sięgnęło dna, po czym zapadło się jeszcze parę metrów głębiej. Spieszę z wyjaśnieniami.
U nas swoim biletem każdy zajmuje się sam... Ewentualnie pospołu ze swoim sumieniem albo z panem kanarem raz na ruski rok. W Argentynie jest zgoła inaczej.
Pasażer wyrażający chęć skorzystania z autobusu miał "za moich czasów" dwa wyjścia: albo zaopatrzyć się w kartę miejską (o której za chwilę), albo przy wsiadaniu uiścić opłatę za przejazd u kierowcy (to już należy do przeszłości). Tym samym na każdym przystanku tworzy się przy przednich drzwiach mniejsza bądź większa kolejka. Jeden liczy drobne, drugi szuka karty miejskiej, w międzyczasie ktoś pyta kierowcę, którędy przebiega trasa (bo to przecież nie jest ani trochę oczywiste), prosi o zatrzymanie się w określonej okolicy albo próbuje przeliczyć liczbę przystanków, które dzielą go od celu... I robi się zamieszanie. Zamieszanie, które sprawia, że na przystanku rzeczywiście stoi się i stoi. Każdy pasażer musi podejść do kierowcy i w zależności od tego, jak długą trasę planuje, opłacić przejazd - teraz już tylko za pomocą karty SUBE.


Karta SUBE działa we wszystkich zrzeszonych środkach transportu, ale z naszymi kartami miejskimi nie ma zbyt wiele wspólnego. Jest swego rodzaju połączeniem karty miejskiej z kartą kredytową albo płatniczą (kredytową, bo można mieć ujemne saldo do pewnego pułapu). Można naładować ją w specjalnym okienku np. na stacji metra albo w kiosku. Płacimy 100 peso i na karcie znajduje się 100 peso, które później można wykorzystać do płacenia za podróże tak samo, jak kartą zbliżeniową (która, notabene, jest wynalazkiem nieznanym w Argentynie i wywołuje absolutny szok u wszystkich Argentyńczyków, którzy odkryją jej magiczne właściwości)
O ile w metrze czy pociągu SUBE sprawdza się super, bo przez bramki można sobie przejść na spokojnie jakiś czas przed odjazdem, o tyle w autobusie to ustawianie się w kolejce, ustalanie liczby przystanków i przekazywanie informacji o niej kierowcy, który raz słyszy, a raz nie jest nieznośnie uciążliwe. Chętnie zaprosiłabym osobę, która wpadła na ten wspaniały pomysł do Warszawy. Mogłaby się sporo nauczyć.

Taksówki

Skoro autobusy są skrajnie beznadziejne, a metro nie dociera wszędzie, często, zwłaszcza w godzinach nocnych, jedynym wyjściem jest taksówka. Taksówki w Buenos Aires są jednakowe pod względem kolorystyki, tak jak w Londynie czy Nowym Jorku.


Działają jednak inaczej niż u nas. Po taksówkę się nie dzwoni, taksówki się nie zamawia. Na taksówkę się macha, jak w amerykańskich filmach. Gorzej, jak człowiek stoi na końcu świata, w niekoniecznie ciekawej okolicy, o godzinie trzeciej rano i taksówki ani widu, ani słychu... (been there, done that) Jak już jednak jakaś przyjedzie, można się łatwo zorientować, czy jest wolna czy zajęta dzięki takiej podświetlanej tabliczce, o:


Jeśli nic się nie świeci, znaczy, że zajęta. Proste? Proste.

Ostatnią taksówkową kwestią jest kwestia tego, że nie podaje się adresu, do którego chcemy dojechać. Skąd więc taksówkarz wie, dokąd ma nas zawieźć? Są dwie opcje: albo podajemy mu przecznicę, na której chcemy, żeby nas wysadził (czyli np. Avenida Rivadavia na wysokości numeru 4300), albo mówimy, na skrzyżowaniu jakich ulic chcemy wysiąść (czyli np. Avenida Corrientes y Estado de Palestina). Nie jestem w stanie powiedzieć, z czego to wynika.

To już chyba koniec naszej wspólnej podróży ulicami Buenos Aires. Muszę przyznać, że w poszukiwaniu zdjęć uroniłam niejedną łzę, bo jednak co by się nie działo, Argentyna będzie zawsze Argentyną, a ja oddałam jej serce raz, a dobrze i będę umierać z tęsknoty do końca swoich dni. Innymi słowy todo sigue igual. Jak zwykle. I z ta myślą Was zostawiam. Mam nadzieję, że tym razem na krócej, o ile praca (bardziej ta magisterska) pozwoli wytrwać w pisaniu.

Komentarze