Okiem turystki (1) - La Boca de Buenos Aires

Nie oszukujmy się - gdyby dowolny turysta odwiedzający Buenos Aires miał wybrać jedno miejsce, które zwiedzi, bez wątpienia wskazałby portową dzielnicę kolorowych domów La Boca. Ja też patrzyłam na Buenos w ten sposób, choć ostatecznie wybrałam się w tamte strony dopiero dwa tygodnie po przylocie.

I taka mała uwaga. Po kliknięciu na zdjęcie zobaczycie je w oryginalnym, czytelnym rozmiarze. To się tyczy zwłaszcza dalszej części wpisu, bo niektóre zdjęcia naprawdę warto obejrzeć w całej okazałości.



La Boca (z hiszp. usta) to jedna z najstarszych dzielnic Buenos Aires. Jej nazwa nie wzięła się znikąd. Hiszpańskie słowo desembocadura oznacza ujście, a właśnie przy ujściu rzeki Riachuelo do La Platy znajduje się ta dzielnica.



La Boca odegrała w historii Buenos Aires bardzo ważną rolę i to z wielu względów. To tam znajdował się początkowo port, w późniejszych latach przeniesiony na Północ ze względu na niewystarczającą głębokość wody. W porcie tym cumowały europejskie statki pełne osadników, którzy postanowili szukać szczęścia za oceanem. Przybywający do Buenos Aires Europejczycy pochodzili z różnych krajów, najwięcej było jednak  Hiszpanów i Włochów, zwłaszcza Genueńczyków. Często przyjeżdżali z niczym. Trudnili się prostymi pracami, wielu z nich korzystało z bliskości wody i zajmowało się rybactwem. Resztkami farb do łodzi malowali swoje domy (conventillos), to im zawdzięczamy więc tak nietuzinkowy wygląd tej dzielnicy, bo często nie wystarczało jednej farby na pokrycie choćby całej ściany. Conventillos były z założenia budynkami wielorodzinnymi. Często jeden pokój dzieliło nawet kilka rodzin. Kuchnia również była wspólna i to tam spotykali się wszyscy mieszkańcy. Właśnie tam, w niepozornych zatłoczonych kuchniach, narodziło się to, co dziś kojarzymy z Argentyną, przede wszystkim charakterystyczny dla tej części kraju dialekt lunfardo, któremu poświęcę na pewno jeszcze niejeden wpis.

Zanim przejdziemy do zwiedzania, jeszcze kilka ciekawostek.

W roku 1882 grupa osób próbowała proklamować niepodległość dzielnicy od Argentyny. Ochotnicy, z pochodzenia Genueńczycy, wywiesili flagę Włoch i podpisali akt, w myśl którego odtąd La Boca miała być zależna od króla Włoch. Sytuację udało się unormować dzięki interwencji samego prezydenta Argentyny (wówczas: Julio Argentino Roca).

 

W dzielnicy La Boca w roku 1884 powstał pierwszy w mieście zastęp ochotniczej straży pożarnej. Było to związane z częstymi pożarami conventillos.



Czego się spodziewałam po zwiedzaniu? Dokładnie tego, czego spodziewa się osoba, która wyobrażała sobie dane miejsce tyle razy, że stało się ono dla niej niemal mityczne. Mityczne i mocno, bardzo mocno wyidealizowane. Konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością nie była jednak tak bolesna, jak można by się było spodziewać.

La Boca to... turystyczny raj w nieciekawej okolicy

Po niemal godzinnej jeździe autobusem wysiedliśmy na pętli. Było nieciekawie. Zniszczone kamienice, stare zdezelowane samochody i właściwie ani żywej duszy, może z wyjątkiem kilku podejrzanych typków kręcących się w okolicy i patrzących łakomym wzrokiem na moją lustrzankę. A to wszystko jakieś pięć, góra siedem minut spacerem od turystycznego serca Buenos Aires. Wychodzi więc na to, że La Boca biedna była, jest i będzie. Francisco, mój niezawodny przewodnik, przeżył wówczas taką traumę, że pewnie jego noga nie postanie w tamtej okolicy jeszcze przez długi czas.

La Boca to... największa w Buenos Aires koncentracja obcokrajowców

La Boca sama w sobie jest wyjątkowo urocza, a spacer jej ulicami to czysta przyjemność. Jest tylko jedno "ale" - ludzie. Całe morze ludzi, a może i cały ocean. To właśnie ich liczbie zawdzięczamy zapewne nieracjonalnie wręcz wysokie ceny w dosłownie wszystkich lokalach, niezależnie od rodzaju. Nie polecam jedzenia tam obiadu. Jedzenie jest słabej jakości, a płaci się jak za zboże. My poszliśmy na argentyńskie asado. Mięso samo w sobie było smaczne, ale sposób jego podania nie był ani trochę fajny. Dzień był słoneczny, ale wietrzny, więc w gruncie rzeczy nie było wcale ciepło - w końcu zima. Siedliśmy mimo wszystko na zewnątrz, bo słońce przyjemnie grzało, a ja chciałam napatrzeć się na wszystkie te kolorowe budynki. 



W Argentynie potrawy z grilla podaje się w metalowym przyrządzie o nazwie brasero


Przed zdjęciem jedzenia z grilla do jego dolnej części przekłada się część rozgrzanych węgielków, całość zamyka się metalowym rusztem, a na wierzchu lądują smakołyki, które dzięki temu są stale podgrzewane. Geniusz. Szkoda, że w naszym brasero nie było ani jednego węgielka, więc przyszło nam w tym zimnie pałaszować lodowate mięso z grilla.

Jeśli wybieracie się do dzielnicy La Boca, weźcie ze sobą sporą reklamówkę, bo to tam jest największy wybór pamiątek, które do najtańszych oczywiście nie należą.


La Boca to... El Caminito

El Caminito to niewielka turystyczna uliczka w sercu dzielnicy La Boca. Zapewne większość osób kojarzy ją choćby ze zdjęć.



Ciekawa jest jej historia. Początkowo płynął tamtędy strumyczek, który wpadał do rzeki Riachuelo. Po jego wyschnięciu zbudowano tory kolejowe, których pozostałości można zobaczyć do dziś.


Po rezygnacji z utrzymywania kolejki w tej dzielnicy, okolice położone w pobliżu torów opustoszały i z pełnej życia, choć wciąż ubogiej, La Boca stała się dzielnicą po prostu niebezpieczną. Wszystko zaczęło się zmieniać w latach 50. ubiegłego wieku. Wtedy właśnie grupa mieszkańców, na czele z moim ukochanym Benitem Quinquelą Martinem, postanowiła tchnąć w Caminito nowe życie. Uporządkowano tereny przy dawnej kolejce i odnowiono budynki. To właśnie ich inicjatywie zawdzięczamy dzisiejszy urok tej dzielnicy.



Interesujące jest również pochodzenie samej nazwy Caminito. Wywodzi się ona od znanego tanga El Caminito (muzyka: Juan de Dios Filiberto, tekst: Gabino Coria Peñaloza), opowiadającego historię ulicy o tej nazwie w mieście Olta w prowincji La Rioja.


O tangu tym pamięć jest wciąż żywa i nic dziwnego, jest w końcu jednym z najpopularniejszych utworów tego gatunku na całym świecie. Na jego cześć nazwano też ulice w innych miastach w całej Argentynie.

La Boca to... conventillos

Conventillos można oglądać zarówno od zewnątrz jak i od zewnątrz. Ze względu na liczbę zwiedzających ja ograniczyłam się do tej pierwszej opcji, bo na tłumy mam ostrą alergię. Przyznam jednak, że w zupełności mi to wystarczyło.

 

 

La Boca to... wszechobecna sztuka

Jest taki styl w sztuce charakterystyczny dla Buenos Aires. Nazywa się fileteado. Dla jego miłośników, do których grona ja zdecydowanie się zaliczam, La Boca jest prawdziwym rajem. Malunki wykonane w tym stylu znajdziecie dosłownie na każdym rogu. Wszystkie znaki, drogowskazy, afisze i szyldy pisane i rysowane są właśnie w ten sposób. Poniżej kilka przykładów.




 
  
 

Na ścianach wielu budynków znajdują się malunki związane z historią tej dzielnicy.

 

 


A to nadal nie wszystko. Znajdziemy również liczne płaskorzeźby, pamiątkowe płyty i pomniki. Miłośnicy sztuki mogą również nabyć obraz czy rysunek w jednym z przydrożnych straganów.

 

Również w dzielnicy La Boca znajduje się muzeum mojego ulubionego argentyńskiego artysty (Benito Quinquela Martín), o którym będzie przy innej okazji.

La Boca to... tango

Legenda głosi, że właśnie w dzielnicy La Boca narodziło się tango. Podobno tańczono je najpierw w knajpce przy skrzyżowaniu ulic Suárez i Necochea, ale chyba trudno coś takiego jednoznacznie stwierdzić. Restauracje w tej okolicy reklamują się pokazami tanga, które rzeczywiście warto zobaczyć. Zauważyłam przy tej okazji ciekawą prawidłowość. Para tancerzy składa się zawsze z młodej, góra trzydziestoletniej dziewczyny i mężczyzny pod sześćdziesiątkę.

La Boca to... wpatrujące się w przechodniów kukły

Jak absurdalnie by to nie brzmiało, turyści są w La Boce nieustannie podglądani. Z okien i balkonów wyglądają kukły przedstawiające sławne postaci albo zwyczajnych bezimiennych ludzi. Najbardziej argentyńskie trio to zdaje się Diego Maradona, Evita Perón i Carlos Gardel. Znajdziemy również kukłę Papieża Franciszka, który pozdrawia przechodniów z balkonu. 

 


Są także kukły mniej creepy, z którymi można sobie po prostu zrobić zdjęcie. Swoją drogą, za niewielką opłatą można się nawet sfotografować z osobą przebraną za Maradonę. Ale to tak zupełnie na marginesie.




Cóż tu jeszcze powiedzieć? Zdjęcia mówią same za siebie. La Boca nie jest ani trochę taka, jak ją sobie wyobrażałam, ale to chyba nic złego. Gdyby nie to, ilu jest tam turystów, pewnie mój entuzjazm byłby znacznie większy. Wcale się jednak nie dziwię, że wszyscy "przelotowcy" w pierwszym odruchu lecą w jedno i to samo miejsce. Bo Buenos Aires jest trochę jak Warszawa. Niby są muzea, są zabytki, są galerie sztuki... I wszystko to naprawdę warto zobaczyć. Ale Buenos Aires, tak samo jak Warszawa, nie jest miastem do zwiedzania. To nie Rzym, który można zwiedzać pieszo przez dwa tygodnie i nie zobaczyć wszystkiego. Buenos Aires trzeba po prostu przeżyć i to pewnie dlatego o wiele bardziej urzekły mnie w nim miejsca zwyczajne, codzienne. 
La Boca jest wspaniała, niezwykle klimatyczna i na pewno następnym razem zacisnę zęby i przejdę wszystkie wystawy po kolei. Zwiedzania conventillos też sobie nie odpuszczę. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie jest to dla mnie miejsce numer jeden w Buenos, bo tutaj wszystko jest na pokaz, wszystko jest pod turystów. Autentyczność została przykryta grubą warstwą komercji. To, co pod spodem, urzeka. To, co na wierzchu, odpycha. Trochę jak w Zakopanem. I z tą refleksją Was zostawiam. A zainteresowanych... zapraszam na wirtualny spacer.


Komentarze