Argentyna od kuchni (1)
Osoby, które mnie znają, wiedzą doskonale, że z chęcią spędziłabym połowę życia w kuchni. Nic więc dziwnego, że nawet w nazwie bloga znalazła się jakaś potrawa. Przed wyjazdem do Argentyny jedną z rzeczy, na które najbardziej się cieszyłam było właśnie jedzenie. O ile w innych kwestiach jestem raczej konserwatywna i nie przepadam za zmianami, nowe smaki są moim żywiołem. Dziś dopiero pierwszy odcinek tasiemca zwanego inaczej kulinarnymi podbojami Olgi. Mam nadzieję, że nadążycie.
No ale co z tą kuchnią? Otóż potrawami najczęściej przewijającymi się przez argentyńskie stoły są pizza i makarony. W kwestii słodyczy też jest po włosku, co oznacza, że dla przeciętnego Polaka ciasto zjedzone w Buenos Aires może uzyskać co najwyżej miano ulepu. Przepyszne są natomiast lody, które moim zdaniem dorównują lodom włoskim.
Pory posiłków i ich obfitość to również dziedzictwo apenińskie, można powiedzieć. Przed wyjściem z domu (ok. 8.00) zjada się bardzo lekkie śniadanie (desayuno), zwykle grzanki z masłem, marmoladą (sam cukier) bądź dulce de leche (nasza masa krówkowa) albo płatki z mlekiem w towarzystwie kawy.
Następnym posiłkiem jest lunch (almuerzo), na który przewidziana jest godzina przerwy w pracy - to dlatego w Argentynie pracuje się de facto 9 godzin, np. od 9.00 do 18.00, w tym przerwa na lunch. A co na ten lunch? Zwykle empanady, jakiś makaron, stek lub kotlet z sałatką albo ziemniakami, czasem pizza. Niektórzy przynoszą jedzenie z domu, inni kupują w restauracji na wynos, jeszcze inni zwyczajnie jedzą w jakiejś knajpce. Kwestia indywidualna, jak wszędzie.
Po lunchu przychodzi pora na podwieczorek (merienda). W zależności od godzin pracy jada się go w domu lub na mieście. Podwieczorek zazwyczaj jest słodki. Spotkałam się z różnymi wariantami, z moich obserwacji wynika jednak, że dwa są najpopularniejsze: rogaliki (facturas) albo tosty, a do tego szklanka mleka bądź napoju na bazie mleka. I tutaj uwaga dla hiszpańskojęzycznych, bo to taki trochę tricky moment. Delikatna kwestia, innymi słowy. Są dwa rzeczowniki: tostada i tostado. Tostada to grzanka (czyli sucha kromka chleba z opiekacza), a tostado to taki nasz tost (czyli dwie kromki chleba, a między nimi ser i ewentualnie dodatki).
Ostatnim posiłkiem dnia jest kolacja (cena). Problem z kolacją jest taki, że jada się ją za późno. Nie zrozumcie mnie źle, sama często podjadam po 18.00 (albo i po 22.00). Różnica jest taka, że ten mój posiłek jedzony o 22.00 to nie jest najobfitszy posiłek dnia. A w Argentynie owszem. Dlatego między innymi wróciłam z Buenos Aires o 8 kg cięższa. No ale wróćmy do tej nieszczęsnej kolacji. W każdym domu jada się ją o nieco innej porze. Zasada jest ogólnie taka, że do kolacji siada się całą rodziną, a jeszcze w międzyczasie trzeba ją przecież przygotować. Jeśli pani domu nie pracuje, problem rozwiązuje się sam. Gorzej, jeśli pracuje. I tak oto na obczyźnie nieraz zdarzyło mi się siąść do stołu o 22.00 czy nawet po 22.00. A taka kolacja to rozpusta w czystej postaci. Najpierw zwykle wjeżdża jakiś rodzaj przystawki. To może być nawet bułka z jakąś pastą czy serkiem, cokolwiek. Później przychodzi czas na danie główne w postaci takiej samej jak lunch, tylko w obfitości nieprzebranej, bo nieograniczonej restauracyjną porcją. Tu są i sałatka i ziemniaki. Żartów nie ma. Po daniu głównym jeszcze zostaje trochę miejsca (chyba na stole) na deser. Na ten słodki deser. Po takim posiłku to chyba normalny człowiek nie ma siły rano zjeść po ludzku śniadania. Ja jednak nie jestem normalnym człowiekiem, nie uznaję śniadań na słodko i żeby nie wiem co muszę się rano najeść. No i te 8 kg...
Co i dlaczego?
Kuchnia argentyńska powstała na prawdziwym skrzyżowaniu kultur. Nie miałam niestety okazji zapoznać się z przepisami bardziej rdzennymi, skupię się więc w moich opowieściach na kuchni codziennej. Tutaj silnie dominują wpływy włoskie, widoczne na pierwszy rzut oka także w nazwiskach Argentyńczyków, a słyszalne w argentyńskiej odmianie hiszpańskiego. Ma to podłoże czysto historyczne, ale o tym będzie przy innej okazji. Na dzień dzisiejszy powiem tylko, że gdyby nie Włosi, Argentyna wyglądałaby dzisiaj zupełnie inaczej.No ale co z tą kuchnią? Otóż potrawami najczęściej przewijającymi się przez argentyńskie stoły są pizza i makarony. W kwestii słodyczy też jest po włosku, co oznacza, że dla przeciętnego Polaka ciasto zjedzone w Buenos Aires może uzyskać co najwyżej miano ulepu. Przepyszne są natomiast lody, które moim zdaniem dorównują lodom włoskim.
Pory posiłków i ich obfitość to również dziedzictwo apenińskie, można powiedzieć. Przed wyjściem z domu (ok. 8.00) zjada się bardzo lekkie śniadanie (desayuno), zwykle grzanki z masłem, marmoladą (sam cukier) bądź dulce de leche (nasza masa krówkowa) albo płatki z mlekiem w towarzystwie kawy.
Następnym posiłkiem jest lunch (almuerzo), na który przewidziana jest godzina przerwy w pracy - to dlatego w Argentynie pracuje się de facto 9 godzin, np. od 9.00 do 18.00, w tym przerwa na lunch. A co na ten lunch? Zwykle empanady, jakiś makaron, stek lub kotlet z sałatką albo ziemniakami, czasem pizza. Niektórzy przynoszą jedzenie z domu, inni kupują w restauracji na wynos, jeszcze inni zwyczajnie jedzą w jakiejś knajpce. Kwestia indywidualna, jak wszędzie.
Po lunchu przychodzi pora na podwieczorek (merienda). W zależności od godzin pracy jada się go w domu lub na mieście. Podwieczorek zazwyczaj jest słodki. Spotkałam się z różnymi wariantami, z moich obserwacji wynika jednak, że dwa są najpopularniejsze: rogaliki (facturas) albo tosty, a do tego szklanka mleka bądź napoju na bazie mleka. I tutaj uwaga dla hiszpańskojęzycznych, bo to taki trochę tricky moment. Delikatna kwestia, innymi słowy. Są dwa rzeczowniki: tostada i tostado. Tostada to grzanka (czyli sucha kromka chleba z opiekacza), a tostado to taki nasz tost (czyli dwie kromki chleba, a między nimi ser i ewentualnie dodatki).
Ostatnim posiłkiem dnia jest kolacja (cena). Problem z kolacją jest taki, że jada się ją za późno. Nie zrozumcie mnie źle, sama często podjadam po 18.00 (albo i po 22.00). Różnica jest taka, że ten mój posiłek jedzony o 22.00 to nie jest najobfitszy posiłek dnia. A w Argentynie owszem. Dlatego między innymi wróciłam z Buenos Aires o 8 kg cięższa. No ale wróćmy do tej nieszczęsnej kolacji. W każdym domu jada się ją o nieco innej porze. Zasada jest ogólnie taka, że do kolacji siada się całą rodziną, a jeszcze w międzyczasie trzeba ją przecież przygotować. Jeśli pani domu nie pracuje, problem rozwiązuje się sam. Gorzej, jeśli pracuje. I tak oto na obczyźnie nieraz zdarzyło mi się siąść do stołu o 22.00 czy nawet po 22.00. A taka kolacja to rozpusta w czystej postaci. Najpierw zwykle wjeżdża jakiś rodzaj przystawki. To może być nawet bułka z jakąś pastą czy serkiem, cokolwiek. Później przychodzi czas na danie główne w postaci takiej samej jak lunch, tylko w obfitości nieprzebranej, bo nieograniczonej restauracyjną porcją. Tu są i sałatka i ziemniaki. Żartów nie ma. Po daniu głównym jeszcze zostaje trochę miejsca (chyba na stole) na deser. Na ten słodki deser. Po takim posiłku to chyba normalny człowiek nie ma siły rano zjeść po ludzku śniadania. Ja jednak nie jestem normalnym człowiekiem, nie uznaję śniadań na słodko i żeby nie wiem co muszę się rano najeść. No i te 8 kg...
Rodzaje restauracji
W Buenos Aires spędziłam dwa miesiące i miałam okazję odwiedzić całą masę miejsc. Nie zamierzam na siłę upychać ich do jednego wpisu i to z wielu przyczyn. Po pierwsze uważam, że każde z nich zasługuje na odpowiednio dużo miejsca i uwagi. Po drugie dlatego, że ja wprost uwielbiam o jedzeniu myśleć, mówić i pisać. Nie zabierajcie mi tej rozkoszy! Po trzecie chciałabym stworzyć swój własny ranking restauracji każdej kategorii. Będą miejsca unikalne, ale też sieciówki. Będzie podział ze względu na ceny i rodzaj serwowanych potraw. Będzie trochę o jedzeniowych dzielnicach. Będzie nawet o moich usilnych próbach ugotowania czegoś po polsku! I o bigosie będzie, a jakże! Wszystko będzie, o! To akurat mogę Wam obiecać. Na pewno jednak nie wszystko na raz, bo nie wszyscy mają takiego kuchennego świra jak ja, tyle to ja wiem.
To be continued.

Komentarze
Prześlij komentarz