Slowo wstepne
“Co
jest ze mną nie tak?” – myślałam przez łzy. I to nie byle jakie łzy. Siedziałam
na łóżku zawinięta w polarowy koc i ryczałam jak małe dziecko. A dlaczego właściwie?
Ot, spełniło się moje największe marzenie. Dlaczego by się z tego powodu
kompletnie nie załamać? To przecież najbardziej oczywista reakcja na ogromną dawkę
szczęścia. Szczęścia, którego ja ani trochę nie czułam.
Powoli
zaczynałam powątpiewać w to, co dotąd wydawało mi się raczej oczywiste. Od lat powtarzałam, że uwielbiam podróże, a teraz co? Siedzę na moim argentyńskim łóżku, owinięta
tym śmiesznie cienkim argentyńskim kocem i ryczę, trzęsąc się przy okazji z
zimna. Z zimna! W Argentynie!
Wtedy,
przysięgam z ręka na sercu, gdybym tylko mogła, wróciłabym do domu. Natychmiast.
Do wygodnego lóżka i cieplej kołdry, która ze względu na porę roku i tak nie byłaby
potrzebna. To jednak nie wchodziło w grę, wiec nie pozostało mi nic innego,
tylko ryczeć. No, ale nie można przecież ryczeć w nieskończoność, chociażby
dlatego, ze w woreczku łzowym mieści się bodajże 27 łez, a płakanie “na sucho”
jest zbyt mało spektakularne, żeby się mu oddawać. Wiec, chcąc nie chcąc, kiedyś
musiałam w końcu przestać i stawić czoła sytuacji, w której na własne życzenie się
znalazłam. Z
jakim skutkiem? Otóż niecałe dwa miesiące później ryczałam znowu – na lotnisku,
bo trzeba mi było wracać, a ten śmiesznie cienki koc nie był przecież taki
znowu najgorszy na świecie.
O
czym zatem będzie? O tym, co zawiodło mnie od jednego do drugiego napadu płaczu
i o tym, dlaczego wrócę. Nie wiem wprawdzie, kiedy, ale kiedyś na pewno.
֍ ֍֍
W z
założenia trudnym wieku gimnazjalnym ja nie sprawiałam większych problemów, a
jedynym, co robiłam nałogowo, było czytanie książek. Nie były to raczej utwory
wysokich lotów, bo na te przyszedł czas o wiele później; dla czternastoletniej
mnie wszystko było równie warte przeczytania. Dlatego też, kiedy mama podrzuciła
mi moją pierwszą książkę Beaty Pawlikowskiej, nie wahałam się ani chwili i po
prostu ja przeczytałam, choć dotąd nie miałam do czynienia z tym rodzajem
literatury. O ile się nie mylę, była to “Blondynka śpiewa w Ukajali”. No
wiecie, amazońska dżungla, szamani, Indianie i te sprawy.
Od
tego momentu w moim wszechświecie zmieniło się wszystko. Jego granice jak gdyby
się poszerzyły, bo miałam Marzenie. Tak, Marzenie. Coś, co determinowało
przebieg każdej sekundy mojego nastoletniego życia. Słuchałam muzyki, która
imitowała dźwięki dżungli. Zegar w telefonie przestawiłam o jakieś sześć godzin
do tylu, by w każdej wolnej chwili sprawdzać godzinę i rozmyślać o tym, czym w
danej chwili mogą zajmować się Indianie w swoich wioskach. W pamiętniku rozpisywałam się o tym, ze nie chce przeżyć życia jako więzień podjętych
wcześniej łatwych i oczywistych decyzji o studiach, pracy, domu i rodzinie. Zachwycałam
się tym, ze gdzieś na świecie, te sześć godzin stąd, żyje ktoś, kto nie ma pojęcia
o istnieniu plastikowej butelki czy telewizora. Snułam śmiałe plany skończenia szkoły
i wyjazdu w dzicz z kilkoma zeszytami i długopisem jako jedynymi towarzyszami. Chciałam
tam żyć i tam umierać. Poza tym oczywiście czytałam inne książki Pawlikowskiej, np.: "Blondynka w dżungli”
i “Blondynka na Kubie”.
Z
biegiem czasu, kiedy bliżej mi było do –dzieścia niż do –naście, zaczęłam zapominać
o moim wielkim marzeniu coraz bardziej. Wciąż myślałam o Ameryce Południowej w
kategoriach idealnego celu podroży, ale wiek kazał mi zejść na ziemię i założyć,
ze kiedyś w życiu uzbieram i pojadę na dwa tygodnie do Peru, a potem wrócę do
szarej betonowej rzeczywistości, bo w końcu takie jest życie. Jak się jednak
okazuje, to samo życie pisze czasem naprawdę zaskakujące scenariusze. Mnie spotkała
historia miłosna niczym z harlekina, którego kiedyś przeczytałabym z zapartym
tchem. Jako ze ten blog to nie harlekin, nie będę się wdawać w szczegóły, powiem
tylko, ze to nic innego a serce ostatecznie zawiodło mnie za ocean.
Wyjeżdżając
do Argentyny spełniłam więcej niż jedno marzenie. Poza tym oczywistym, głęboko
zakorzenionym marzeniem o Ameryce Południowej, udało mi się tez doświadczyć życia
codziennego w realiach pod każdym względem innych od realiów mi znanych. Poznałam
kawałek świata, ale przede wszystkim poznałam samą siebie o wiele lepiej niż
kiedykolwiek wcześniej. Ale o tym będzie dalej.
Komentarze
Prześlij komentarz