Argentynski dom, czyli o wynalazkach, które nie trafily pod strzechy

Kiedy byłam małym dzieckiem, wydawało mi się, że potrawy dzielą się na polskie i światowe. Do tej pierwszej grupy zaliczałam pierogi, żurek i bigos, a do drugiej na pierwszym miejscu ukochane kotlety schabowe i nieco dalej takie rarytasy jak kluski leniwe czy gulasz. Myślałam, że życie wszędzie wygląda podobnie, a wraz z przekroczeniem granicy zmieniają się tylko język i temperatura.
Dopiero po jakimś czasie odkryłam, że Ziemia jest tak naprawdę jak ogromny patchwork i choć niektóre elementy są do siebie w pewnym stopniu podobne w różnych miejscach, każdy kraj jest tak naprawdę odrębnym bytem, niezależnie od uwarunkowań historycznych mających spajać go z krajami otaczającymi. Co ciekawe, nie ogranicza się to do częstości spożywania kotletów schabowych, a zmiany i różnice dotykają najróżniejszych aspektów życia codziennego, nawet tych najprostszych i najbardziej oczywistych.
Najdobitniej przekonałam się o tym, jak różnimy się między sobą właśnie w pierwszych dniach w Buenos Aires. To był prawdziwy szok kulturowy. Czułam się jak międzygwiezdny podróżnik, który trafił na nieznaną planetę i wyruszył na podbój obcych cywilizacji. A od czego miał zacząć, jak nie od domów, które jej przedstawiciele zamieszkiwali? Dlatego dziś będzie właśnie o argentyńskim domu od podszewki.

Pierwsze wrażenie


Apartamentowiec przy skrzyżowaniu ulic Estado de Palestina y Avenida Corrientes


My, Polacy, zapewne za sprawą wrażeń minionej epoki, nie przepadamy za wysokim budownictwem, a na pewno za wysokim budownictwem mieszkaniowym. Na piętrzące się w centrach miast bloki patrzymy raczej ze zgrozą, a jeśli tylko mamy wybór, przenosimy się w spokojniejsze, bardziej urokliwe i intymne miejsca.
Argentyna jest pod tym względem inna. Moje pierwsze wrażenia z ulic Buenos Aires były takie, że natychmiast skojarzyłam budownictwo argentyńskie z tym amerykańskim, które znam tylko z filmów. Apartamentowce mają tam zwykle po kilkanaście pięter i często sąsiadują z budynkami sięgającymi zaledwie drugiego czy trzeciego piętra. Haussmann nie byłby zachwycony.



Jak taki apartamentowiec wygląda od środka? W sumie nic specjalnego, choć jest jeden taki wynalazek, który znacznie utrudnia funkcjonowanie dosłownie każdemu, a jest to domofon, niebywale niedoskonały. Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, że domofon w Argentynie pełni wyłącznie funkcję komunikacyjną. Można podejść do właściwego apartamentowca, wcisnąć przycisk przypisany do danego mieszkania i się z nim połączyć, ale na tym nasze możliwości się kończą. Oznacza to ni mniej ni więcej, że osoba, do której szczęśliwie się dodomofonujemy musi zjechać te kilka czy kilkanaście pięter i otworzyć nam drzwi kluczem. Jest to o tyle absurdalne, że w sporej części apartamentowców przy wejściu zainstalowane są kamery, więc w każdej chwili można sprawdzić, kto stoi pod drzwiami.
Innej niedogodności stawiają czoła osoby, które chcą szczęśliwie wydostać się z obcego domu, okazuje się bowiem, że drzwi otwierane od wewnątrz klamką, gałką czy przyciskiem, a od zewnątrz zablokowane również nie dotarły jeszcze za ocean. Jakie tego skutki? Opłakane. Do mieszkania, w którym mój chłopak i ja spędziliśmy moje dwa miesiące był niestety tylko jeden komplet kluczy. W związku z tym kiedy on rano wstawał do pracy, ja też, choć na wakacjach, byłam zmuszona wstać, ubrać się i zjechać, żeby w ogóle go wypuścić. Każdy poranek wyglądał więc dla mnie mniej więcej następująco:


Na szczęście kochany Francisco w chwilach słabości i niedomagania, kiedy szłam w zaparte i odmawiałam przygotowania śniadania, po prostu przynosił mi śniadanie do łóżka i oboje je zjadaliśmy. Kochany.

A teraz czas na wycieczkę objazdową po argentyńskich pokojach.

Przedsionek

Nie, nic takiego nie istnieje. Co więcej, rzadko spotyka się jakiekolwiek wieszaki na kurtki czy szafki na buty. Te wszystkie rzeczy są przechowywane w szafie. Jak więc można się domyślić, to właśnie szafa i ubrania zajmują większość przestrzeni docelowo sypialnianej. Nie jest to tak uciążliwe, jak byłoby w Polsce, bo w Argentynie przed wejściem do domu nie zdejmuje się butów. Nie rozumiem tego zjawiska, muszę przyznać. Tak samo jak nie rozumiem, czemu nikt nie przebiera się w ubrania domowe po powrocie z pracy. I dlaczego nikt nie posiada piżamy. Ale to już osobna kwestia. 

Salon

To do salonu zwykle wchodzi się prosto z korytarza, choć byłam i w takich mieszkaniach, gdzie wchodziło się do kuchni. Przy okazji salonu warto wspomnieć o meblach, bo te często są naprawdę piękne: z litego drewna, z rzeźbionymi detalami. Salon argentyński zasadniczo niczym nie różni się od salonu polskiego, więc dość o nim, przejdźmy do kwestii naprawdę frapujących.

Kuchnia

Kuchnia, czyli moje królestwo, bo gotować ubóstwiam. Tutaj spotkałam się ze sporym zaskoczeniem, ponieważ okazuje się, że czajniki elektryczne nie są w Argentynie chlebem powszednim. Podobnie z instytucją okapu, ale w tej kwestii to i w Polsce bywa różnie. Kuchni i moim rozpaczliwym próbom ugotowania czegoś w stylu polskim poświęcę osobny wpis.

Łazienka

No i tutaj się zaczyna jazda bez trzymanki. Po pierwsze, spłuczkę wciskaną od góry widziałam dokładnie w jednym miejscu i była to polska restauracja. Zazwyczaj spłuczki są amerykańskie, z taką jakby klamką z boku albo z przyciskiem, ale nie u góry, nad rezerwuarem, tylko również z boku. Czasami przycisk jest wmontowany w ścianę. 
W trakcie całego pobytu w Argentynie widziałam zaledwie jedną łazienkę bez bidetu - higiena jak najbardziej na plus. Z tą higieną to jednak bywa różnie, bo Argentyńczycy na wzór zachodni kąpią się nie wieczorem, a rano. Jest to coś, czego nie jestem w stanie pojąć, bo jak to, po całym dniu położyć się bez prysznica? Toż to następnego dnia trzeba by wymienić całą pościel! 
W temacie kąpieli, nie widziałam nigdy prysznica. W każdym domu była wanna z zasłonką (zawsze bardzo ładną, często z falbankami), a w wannie prysznic, ale nieruchomy. Nie wyobrażacie sobie, jaką rozkoszą jest mycie takiej wanny, kiedy woda sięga zaledwie do połowy jej długości. Równie przyjemne było spłukiwanie wanny po prysznicu. 
Na marginesie dodam, że Argentyńczycy myją się mydłem w kostce i nie używają gąbek ani myjek. Higienicznie jednak jest, bo każdy ma swoją kostkę mydła. Pewnego dnia w naszym mieszkaniu nie było ciepłej wody i musieliśmy wykąpać się u rodziców Francisco. Wtedy dostałam swoją kostkę mydła i poczułam się jak część rodziny. 
W łazience można również spotkać kwiaty, które mają za zadanie odstraszać komary przenoszące różne choroby. Ludzie zasadniczo wiedzą, zapach jakich roślin tym komarom przeszkadza. A dlaczego takie rośliny trzyma się akurat w łazience? Bo komary lubią wodę i wilgoć.

Sypialnia

Tu mam zdecydowanie największe pole do popisu, a to wszystko za sprawą centralnego elementu każdej sypialni, czyli rzecz jasna łóżka. Nie zrozumcie mnie źle. Rozumiem, że mieszkańcy krajów takich jak Włochy mogą pozwolić sobie na dużą swobodę w zakresie doboru pościeli, bo tam zwyczajnie jest ciepło. Nie potrzebują kołdry, wystarczy im kawałek prześcieradła. Jako że Argentyna wyrosła niejako z Włoch (o tym też jeszcze będzie), ten model spania pod prześcieradłem jest kultywowany również w Buenos Aires i podejrzewam, że na terytorium całego kraju jest podobnie. I latem zapewne całkiem dobrze się to sprawdza. Inaczej jest jednak zimą, kiedy temperatura waha się od 0, zwłaszcza w nocy i nad ranem, do nawet 25 stopni. A śpimy jednak w nocy. 
Dodatkowym problemem jest to, że Argentyńskie budynki nie są ani trochę ocieplane. Okna przypominają szybę tradycyjnej polskiej meblościanki: to po prostu przesuwna szyba oprawiona w metalową ramę. Tyle i nic więcej. 
Ponadto nie ma oczywiście żadnego ogrzewania. I nawet pod kołdrą nie można się zagrzać, bo kołdry zwyczajnie nie ma. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale chyba nigdzie nie zmarzłam tak, jak w tej Argentynie. Jasne, byłam wystawiona na o wiele niższe temperatury, ale w Argentynie najzwyczajniej nie przestawało mi być zimno. Zimno było na dworze, a kiedy wracałam do domu, musiałam stawić czoła temperaturze tylko minimalnie wyższej. 

To ja w moim argentyńskim łóżku

W Polsce przez cały rok śpię w piżamach z krótkim rękawem i krótkimi nogawkami. W Argentynie zakładałam do snu: krótkie spodenki, getry, grube skarpety Francisco, bluzkę z krótkim rękawem i grubą bluzę Francisco. A spaliśmy pod: prześcieradłem, kocem, narzutą i drugim kocem. I wciąż było zimno. Nieraz nie mogłam usnąć, bo zwyczajnie trzęsłam się z zimna. Chwała osobie, która wyjaśni mi, czemu nikt nie wpadł na wynalazek styropianu, okien wielokomorowych, ogrzewania i kołdry.

Podsumowanie

Co się wynarzekałam to moje. Pewnie gdybym odwiedziła Argentynę latem narzekałabym jeszcze bardziej, bo niczego tak nie nienawidzę jak gorąca. Ci, którzy mnie znają, wiedzą jednak, że za moim narzekaniem nierzadko kryje się właściwie zadowolenie.
Człowiek ma tę właściwość, że do wszystkiego jest w stanie się przyzwyczaić. Ja również się przyzwyczaiłam i to całkiem szybko, bo jednak wciąż mój zachwyt Argentyną był silniejszy niż potrzeba komfortu. Jedynym, co przeszkadzało mi od początku do końca było wstawanie rano tylko po to, żeby otworzyć komuś drzwi oraz brak kołdry.
Pamiętam, jak źle mi było, kiedy po zdaniu matury przepracowałam dwa miesiące w piekarni. Cały tydzień z wyjątkiem soboty od 16.00 do 3.00 albo nawet 4.00. Nienawidziłam wtedy życia, ale teraz cenię to doświadczenie, bo dzięki niemu z o wiele większym entuzjazmem poszłam na studia.
Z wyjazdem do Argentyny było trochę podobnie. Rzecz jasna nie nienawidziłam w Buenos Aires życia. Bardzo szybko pokochałam to miasto. Było jednak bardzo pouczającym przeżyciem spędzić tyle czasu w miejscu zupełnie innym, w którym najprostsze rzeczy są różne od tego, co nam znane. Dzięki temu nauczyłam się doceniać to, co mam.

A w trudniejszych chwilach na dobre i na złe pocieszeniem była (i jest) moja Dory.



Komentarze