12 000 km nadziemnej zeglugi

Miało być o czymś innym, ale pod wpływem wrażeń dzisiejszej nocy jestem zmuszona odłożyć rozważania nad samą nazwą bloga na później. Obudziłam się dziś tak zmęczona i zestresowana, że nawet przez chwilę zapomniałam o tym, w jak czarnej... otchłani się znajduję w związku z tym, że jest połowa kwietnia, a ja nadal nie wybrałam żadnej literatury do licencjatu numer dwa (tak, bronię się w lipcu). Co takiego mi się śniło? Moja podróż do Argentyny, a jakże! Tyle że w wersji hard, bo wszystkie problemy, które w prawdziwym życiu udało mi się jakoś rozwiązać, we śnie pozostały nierozwiązane. W związku z tą traumą postanowiłam jednak nie uchylać dziś rąbka tajemnicy co do bigosu w Buenos Aires i zamiast tego opowiedzieć Wam o tym, jak można zagospodarować dwadzieścia cztery godziny na przestrzeni jednego metra kwadratowego.

Wszystko było skrzętnie zaplanowane. Zresztą, nie oszukujmy się, w moim życiu wszystko jest zawsze skrzętnie zaplanowane. Jestem o wiele zbyt nudna i mało spontaniczna, żeby zaskoczyć czymkolwiek siebie czy innych. Najpierw niecałe trzy godziny jazdy samochodem, później dwie godziny czekania na lotnisku Chopina w Warszawie, lot do Rzymu - kolejne dwie i pół godziny... I tutaj kończy się bajka. 

Choć uważam siebie za osobę raczej zaradną i aż nazbyt dobrze zorganizowaną, lotniska wciąż wywołują u mnie ataki paniki z chwilą przekroczenia progu sali odlotów. W Warszawie było całkiem przyjemnie. Towarzyszyła mi mama, której niezachwiany spokój stanowił przeciwwagę dla moich napadów paniki. W Rzymie było gorzej, przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy stanęłam przed zadaniem przesiadki z jednego samolotu do drugiego. I to samodzielnej! Na lotnisku! Nieznanym lotnisku! 

Wyobraźcie sobie zatem dorosłą, z założenia samodzielną kobietę, która wysiada z samolotu i wpada w kompletną histerię, ale taką w stu procentach wewnętrzną. Nie płakałam ani nie prosiłam o pomoc. Zamiast tego postanowiłam udawać, że doskonale wiem, co robię (choć rzecz jasna wcale tak nie było).

Pomna rad mojego wujka, który kazał mi pilnować, żeby broń Boże nie wyjść ze strefy bezcłowej, postanowiłam iść za tłumem, ale tak bez przesady. Jak się zapewne domyślacie, niełatwo jest iść za tłumem, ale tak bez przesady, bo nie za bardzo wiadomo, gdzie postawić granicę. Tak więc ja upatrzyłam sobie jedną parę z mojego warszawskiego samolotu i powolutku, pomalutku, niby od niechcenia, dreptałam sobie za nią. I tak sobie dodreptałam do miejsca odbioru bagażu, który kończył strefę bezcłową.

Panika, a jakże. Panika i szybkie w tył zwrot. Postanowiłam wrócić, skąd przyszłam. Uszy do góry i jazda do strefy B. Przycupnęłam na jednym z krzesełek, tak niby od niechcenia zaczęłam przetrząsać zawartość torebki... Że niby wszystko w porządku. Że niby tak sobie czegoś szukam, bo przecież mi wolno itd., ale zaraz wstanę i pójdę tam, gdzie powinnam. Gdziekolwiek to jest.

Po jakimś czasie rzeczywiście wstałam, choć wciąż nie wiedziałam, dokąd idę. Nie zrozumcie mnie źle, mnie nie odjęło mowy. Ja tylko ogólnie rzecz biorąc nie przepadam za ludźmi, którzy mają mi coś wytłumaczyć, bo bardzo przejmuję się tym, że nie zrozumiem i będę, jak to mam w zwyczaju, kiwała głową z zakłopotanym uśmiechem rozważając jednocześnie głębokość otchłani, w którą wpadam z każdym niejasnym słowem. Tak było i tym razem. Podeszłam sobie nonszalancko do lotniskowej informacji; ja, znająca w mniejszym bądź większym stopniu pięć języków obcych w tym włoski. Podeszłam, wyjaśniłam prostymi słowami, czego mi trzeba i usłyszałam odpowiedź w języku, który miał zdaje się być angielskim. Nie zrozumiałam niczego z wyjątkiem informacji o tym, że powinnam pójść do strefy G albo H, bo stamtąd będzie odlatywał mój samolot. Pani z informacji zakazała mi również bezwzględnie podchodzenia do stanowiska z napisem TRANSFER, bo to niby do lotów europejskich.

Panika paniką, blond czupryna blond czupryną, postanowiłam olać tę uprzejmie bełkoczącą panią i poszukać innego stanowiska z transferem, bo przecież mój bagaż sam nie przeniesie się z Rzymu do Buenos Aires tylko dlatego, że ja by, sobie tego życzyła. Uznałam, że przejdę do strefy G albo H i poszukam tam. W głowie miałam już kompletną wizję sukcesu, która prowadziła mnie przez lotniskowy labirynt niczym Gwiazda Betlejemska. Torba na ramię, głowa do góry i wio.

Ja przysięgam, szłam za drogowskazami. Zrobiłam chyba z pięć kilometrów po tym lotnisku, serio. Aż się spociłam, choć w moim przypadku to akurat nic dziwnego. A ramię miałam tak obtarte od tej przeklętej torby że ho ho! Ale to nic, przecież czekało mnie wybawienie! No i szłam za tymi drogowskazami, szłam i szłam... i chyba coś źle zrozumiałam, bo nagle znalazłam się w jakimś bocznym korytarzyku, w którym poza mną nie było ani jednej osoby. Co więcej wyszłam za jakieś automatyczne drzwi, które otwierały się tylko w jedną stronę, co oznaczało tyle, że znalazłam się w potrzasku. Uznałam jednak, że już wystarczy tej paniki na jeden dzień, ja jestem przecież poważną osobą, ja jadę do Buenos Aires i żadne drzwi nie pokrzyżują mi planów. No to w tył zwrot do drzwi, czekam przyczajona jak tygrys (taki spocony i czerwony, odmiana środkowoeuropejska) aż ktoś się zlituje i przejdzie przez te drzwi, a ja prześlizgnę się za nim. Tak też zrobiłam, choć pan, którego minęłam, miał naprawdę dziwną minę, kiedy mnie tam zobaczył.

No to wio, z powrotem do strefy B. Tylko tam wiem przecież, co, gdzie i jak. Niby wszystko super, ale byłam zmuszona po raz kolejny przemierzyć te pięć kilometrów, więc nieco się zmęczyłam. Znowu siadłam na tej samej ławce. Postanowiłam kupić wodę i poszłam w tym do Relaya. Wzięłam wodę z lodówki. Podeszłam do kasy. Pomiędzy mną a panem ekspedientem rozegrała się następująca scenka rodzajowa:
- Hello!
-- Buongiorno!
Konsternacja, no ale nic. Przecież mówisz trochę po włosku.
-- Novantacinque.
- Gracias.
Tak oto przeprowadziłam rozmowę w trzech językach jednocześnie, polecam serdecznie.
No nic, pomyślałam. Nigdy więcej nie spotkasz tego pana ekspedienta, pomyślałam. Tej pani z informacji i tego pana od drzwi tak samo, dodałam jeszcze ku otusze. Napij się tej przeklętej wody, ochłoń i nastaw się psychicznie na kolejne pięć kilometrów.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Nie będę wdawać się w szczegóły, powiem tylko tyle, że miałam okazję zawrócić więcej niż jeden raz, kiedy ostatecznie dotarłam na koniec kolejki do odprawy paszportowej i uznałam, że strefy G i H jednak nie są mi pisane. Wróciłam ze zwieszoną głową do strefy B, po raz dziesiąty minąwszy panią z informacji. Poszłam prosto do zakazanej strefy transferu. Miła pani z zakazanej strefy transferu mówiła po angielsku zrozumiale. Rzuciła okiem na mój bilet, powiedziała, że mój bagaż jest już zagospodarowany i odesłała mnie do którejś bramki w strefie H.

Ulga. Choć wciąż niekompletna, bo jednak nadal nie potrafiłam znaleźć tej feralnej strefy H. Odłożyłam to jednak na później i dopiero około 19.00 wyruszyłam po złote runo. Stanęłam w tej kilometrowej kolejce tylko po to, żeby się dowiedzieć, że strefy G i H są dla lotów międzykontynentalnych, a ci biedni ludzie z kolejki są spoza Unii. Bramka dla nas, Europejczyków, przytrzasnęła mnie tylko trochę i jestem prawie pewna, że nikt tego nie zauważył. Później wsiadłam do dziwnego pociągu, który zawiózł mnie do stref G i H. Co pobłądziłam to moje, ostatecznie jednak dotarłam na właściwe miejsce.



Lot nie był ani trochę przyjemny, bo było głośno i duszno, a do tego siedziałam przy oknie, w związku z czym:
a) nie mogłam prawie nigdy wyjść do toalety, bo moimi towarzyszami okazało się sympatyczne acz statyczne starsze małżeństwo, które głównie spało i jadło (czyli łączyło nas hobby),
b) nie mogłam wyprostować nóg, bo pod siedzeniem przede mną była jakaś metalowa skrzynka.
Jakoś jednak przetrwałam, a dzień zrobiło mi pytanie pani Argentynki, która chciała koniecznie wiedzieć, czy ja też jestem Argentynką, bo nie wyglądam, ale brzmię. W trakcie lotu zdążyłam zacząć co najmniej dziesięć filmów i nie skończyć żadnego, bo wszystkie były tak nieskończenie beznadziejne i płytkie. Nasłuchałam się również muzyki operowej i naczytałam książek. Najlepszą rekompensatę stanowił wciąż jednak widok na nocne Buenos Aires tuż przed lądowaniem. Widziałam w swoim życiu kawał świata. W dzieciństwie zjeździłam z moimi rodzicami pół Polski, odwiedziłam również kilka innych krajów, nigdy jednak nic nie zachwyciło mnie tak bardzo jak ta świetlista panorama. Przed wyjazdem miałam mnóstwo wątpliwości, w tym wspaniałym momencie rozwiały się jednak wszystkie moje wątpliwości. Patrzyłam na nocne Buenos Aires ze łzami w oczach i myślałam: "Nareszcie. Doczekałaś się. The time has come".

Jaka z tego wszystkiego płynie lekcja? Ano taka, żeby się przełamywać i iść za swoimi marzeniami, żeby podążać za nimi uparcie i mimo wszystko, bo one dają nam siłę, żeby przezwyciężyć wszystkie trudności. Ten piekielny transfer to była dla mnie prawdziwa próba charakteru. Zresztą w trakcie wyjazdu byłam zmuszona pokonać wiele demonów, które dotąd z uporem maniaka od siebie odsuwałam. Stawiałam czoła wielu wyzwaniom i wyszłam zwycięsko z wielu walk. Nieraz były to prawdziwe błahostki takie jak przeżycie miesiąca z trzema parami majtek albo wytłumaczenie panu ze sklepu mięsnego, że kotlety to się robi ze schabu i co on z tą wołowiną. Te wszystkie sytuacje pokazały mi tylko, że warto walczyć. I tyle. Więc walczcie i wy. I nigdy przenigdy nie słuchajcie pani z informacji, bo tego akurat nie warto robić i to ani trochę.

Recoleta, Buenos Aires
Filozoficznych rozważań już raczej nie będzie. To wszystko przez ten straszny sen. Obiecuję, że następnym razem będą już tylko konkrety.

Komentarze